W najnowszym papierowym Eurostudencie jest wywiad z Miłoszem dostępny też on line na portalu gazetky :)
Sukces jako efekt uboczny
O telewizji, Internecie oraz o książce Pracować i nie zwariować skierowanej do tych, którzy „wracają z pracy i jęczą”, opowiada psycholog i trener coachingu Miłosz Brzeziński.
Jest Pan absolwentem psychologii UW. Skąd wybór kierunku studiów? Jak wspomina pan ten okres?
Miłosz Brzeziński: Zabawne jest to, że zupełnie nie pamiętam źródeł decyzji o wyborze studiów. Zapewne miałem jakieś problemy emocjonalne, bo wiadomo, że idzie się wtedy na psychologię. Tak przynajmniej powiadają. Dobrze, że nie miałem na przykład zapalenia płuc, bo byłbym dziś lekarzem. Albo nie ciekł mi kran, bo byłbym hydraulikiem. Poważniej zaś, okres studiów miałem cały przepleciony pracą. Pracowałem już przed studiami i wcale nie żałuję, bo dzięki temu mam głowie teraz takie przekonanie, że mogę pracować jak chcę, kiedy i gdzie chcę. Wzięło się to z zupełnie prozaicznych rzeczy. Doświadczyłem okresu bez kasy i okazało się, że nie umrę z głodu. Doświadczyłem 49 godzin w pracy bez przerwy, a potem szpitala w ramach wyczerpania. Doświadczyłem szukania pracy, pracowania z pasją, pracowania w nerwach, w towarzystwie fajnych ludzi i świntuchów. I uwielbiam ten tekst z Chłopaki nie płaczą: „Człowiek sobie musi zadać w życiu jedno zajebiście ważne pytanie: co chce robić? I zacząć to robić”. Okres studiów i perturbacje pracowe kojarzą mi się właśnie z poszukiwaniem odpowiedzi na to pytanie. Mówiąc wprost: poszedłem na psychologię, bo chciałem!
Zajmuje się pan coachingiem. Co to takiego i dlaczego na każdym kroku słychać ten termin – chociaż angielski – odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki?
Coaching to proces, w którym człowiek doskonali swoje mistrzostwo – ogólnie rzecz biorąc. Powiem na przykładzie dowcipu. Jest noc. Pewien facet szuka czegoś na ulicy, pod latarnią. Podchodzi drugi i pyta: czego pan szuka? Kluczyków. A wypadły panu tu? Nie, po drugiej stronie ulicy. To czemu pan tu szuka? Bo tu jest jasno! Ludzie mają tendencje do szukania rozwiązań w ramach swojego świata. Czyli tam, gdzie jest jasno. Ale jeśli poświecić w inne miejsce, zaczynają z pasją eksplorować nowe tereny. Rolą coacha jest zadawanie pytań, jakich klient sam sobie pewnie nigdy nie zadał. Są do tego narzędzia, ale i tak osobowość coacha jest najważniejsza. W procesie coachingu klient sam odkrywa swoją doskonałość, coach jest przezroczysty. Można uogólnić, że coach zadaje tylko pytania i to wcale nie sugerujące finalnej opinii. Na przykład ktoś mówi: „Trzeba ciężko pracować, żeby odnieść sukces!”. A coach na to: „Kiedy w twoim życiu miało miejsce zdarzenie, które mogłoby zaprzeczyć temu przekonaniu?”. I już może się pojawić wątpliwość. Pytanie zawiera presupozycję, jest złożone, otwarte, dotyczy pracy z przekonaniami. Niby proste, a dla każdego coacha dość delikatne, wysublimowane narzędzie pracy. Coaching jest wysoką sztuką pracy z ludźmi, bo sam coach musi tu wygrać walkę ze sobą i chęcią podpowiadania rozwiązań. W coachingu niestety tak nie można. Klient pracuje sam i sam jest z siebie po procesie dumny.
Wielostronna jest nie tylko pana działalność, ale i media, dzięki którym dociera pan do zainteresowanych. Najpierw o telewizji. Jak rozpoczęła się pana współpraca z TVN? Jakie są zalety, a jakie wady występowania na antenie?
Do TVNu trafiłem z polecenia i się spodobałem. Zdaje się, że tam jakimś wskaźnikom coś urosło. Cieszę się nieodmiennie jak komuś coś rośnie, więc nie odmówiłem dalszej współpracy. Nie ma wad z pracy w telewizji. Bo to trochę jakby mieć pretensję do konia, że ma kopytka. Albo do Dody, że ma biust. Telewizja jest jakimś systemem, stawia sobie pewne wymagania i nie idę tam po to, żeby udzielać wykładów, mądrzyć się, czy coś. Występuję w jednych programach, żeby się pobawić, w innych, żeby po prostu było miło, a w jeszcze innych, żeby powiedzieć coś kategorycznie. Jeśli zdać sobie sprawę jakie medium jest do czego, to nie ma się do nikogo pretensji i ze wszystkimi się fajnie pracuje. Stephen King napisał kiedyś, że tworząc opowiadanie, artykuł, felieton do nowego pisma, zawsze kupuje sobie kilka wcześniejszych numerów, żeby sprawdzić jaki klimat pasuje. Ja robię dokładnie tak samo. Idąc do programu, myślę co pasuje, jak to rozwinąć i jak się zabawić maksymalnie konwencją. Co i Państwu polecam, hehe…
A teraz Internet: można tu znaleźć m.in. i pana stronę, i pański profil na GoldenLine.pl. Jakie znaczenie ma dla pana istnienie w Sieci (bo niektórzy mówią, że jeśli nie ma kogoś/czegoś w Internecie, to nie istnieje).
Kiedyś twórcy kampanii Heyah powiedzieli tak: „Nie każdy ma chcieć mieć Heyah w telefonie, ale każdy ma wiedzieć, co to i gdzie to można dostać. Klientów podzielimy na dwie grupy: tych, którzy wybrali naszą ofertę, i tych, którzy nie wybrali. Ale jedno będzie pewne – i jedni, i drudzy będą o nas wiedzieli”. Pakując się do Sieci, miałem przed nosem taką ideę. Bez agresywnego marketingu, bez kombinowania, bez cudów wianków. Ale jeśli ktoś będzie chciał się ze mną skontaktować, to nie może mieć z tym najmniejszych problemów. Internet jest medium szybkim. Ktoś gdzieś coś o mnie usłyszy, zapisze na karteczce nazwisko, potem w google’a – i odpowiedź ma uzyskać bez zbędnej gimnastyki. Póki nie minie mu energia na kontakt ze mną. Stąd też relatywnie łatwo mnie znaleźć na sieci i się skontaktować. Sądzę, że każdy powinien mieć na sieci jakąś swoją wizytówkę. To bardzo ułatwia kontakty. Znajomym, kontrahentom, pracodawcom, itp. Warto z tego skorzystać, ja uważam, że się opłaca, choćby stąd, że można poznać bardzo fajnych ludzi, którzy chcą połączyć moce w idei „mniej pracować ciężko, lepiej się bawić przy pracy, więcej zarobić”. I to się dzieje.
I oczywiście premiera wydawnicza: Pracować i nie zwariować to – jak pan pisze na swojej stronie internetowej – pana pierwsza książka. Skąd pomysł? Kim jest prototypowy czytelnik tej książki?
Prototypowy czytelnik tej książki, to osoba, która wraca z pracy i jęczy. Przed wyjściem do pracy też jęczy i w pracy, dla odmiany jęczy. Jęcząc tak przeżywa życie i… umiera, co tu kryć. Jest taka śmieszna teoria, która mówi, że każdy człowiek umierając, ma trzy sekundy od ostatniego oddechu do utraty przytomności. Trzy sekundy, podczas których wie już, że nic nowego nie zrobi w życiu. Ba, że nic więcej w życiu nie zrobi. I w zależności od tego, co się zrobiło, te trzy sekundy mogą się okazać rewelacyjną przejażdżką po lunaparku albo koszmarną trzysekundową wiecznością. W książce chciałem pokazać, że zmienić się można z – za przeproszeniem – palcem w nosie (albo w tyłku, jak kto woli) i nie ma co się mazać, bo to bez sensu zupełnie. Że niektórym jest wygodniej jęczeć, ale trzeba to uszanować. Że można pasjami obserwować kolegów, którzy są mistrzami w obijaniu się i byciu wyrzucanymi z pracy. Wiesz, że każdy człowiek jest mistrzem w tym, co codziennie ćwiczy? Niektórzy ćwiczą „pilotowanie telewizora”, inni jęczenie, a inni zabawę. Jak ja na przykład.
Na rynku wydawniczym prawdziwy wysyp poradników, zwłaszcza o tematyce karierowej. Jak na tej mapie lokuje się Pracować i nie zwariować?
Pisząc tę książkę, zorientowałem się, że nie tworzę dzieła wiekopomnego i wyjątkowego. Ale jednak coś w niej jest. Po pierwsze, jedna książka nikogo nie zmieni. Zmieni człowieka kilka książek, poznanie kilku osób, odnalezienie filozofii, wiara, że się da. Wiara, że jeśli się czegoś nie umie, to znaczy tylko, że za mało razy się próbowało. Nic więcej. Z tej perspektywy książka jest jednym z wielu kamyczków w lawinie. I niech taka zostanie. Z drugiej jest natomiast wyjątkowa, bo po pierwsze jest polska i ma dystans. Kolejno: zajmuje się rodzimą kulturą narzekania i rodzimymi kłopotami pracowniczymi, a po wtóre nie waham się używać w niej wyrazów uznawanych za takie, które w poważnej książce nie powinny zagrzewać miejsca, używam bowiem kolokwializmów i języka, który mnie osobiście kręci. Ta książka pokazuje, że nie trzeba uprawiać psychologicznego onanizmu laboratoryjnego, żeby ruszyć się z miejsca. Że można być naukowcem i na naukę jest miejsce w życiu, a można też nie być. I wcale nie wiadomo co jest lepsze, a co gorsze. Prawdę mówiąc, wolałbym być spełniającym się życiowo fryzjerem, niż jęczącym ciągle profesorem fizyki kwantowej. Nikt nie może na nas wymusić zachowania i nikt nie może nam mówić, co mamy robić. Ta książka jest też trochę o tym, że sukces jest efektem ubocznym tego, kim się stajemy. A zatem wystarczy robić coś, co nas niemożebnie wkręca, a sukces sam się przypałęta.
Studenci, zwłaszcza ostatnich lat, kuszeni są przez mniejsze i większe firmy perspektywami atrakcyjnych praktyk i staży oraz obietnicami świetnej pracy. Co poradziłby pan młodym uczestnikom rynku pracy, stojącym u progu kariery, aby nie zgubili się w gąszczu propozycji i znaleźli w nim własną drogę?
Poradziłbym, żeby sobie pomyśleli, co chcą robić, i wybrali to, co chcą robić. Życie jest jednak bardzo proste, póki ludzie nie zaczną go komplikować. Wolisz praktykę, przy której wyhodujesz sobie wrzody wielkości waleni i stracisz całą motywację do pracy, czy mniejszą praktykę robioną z pasją? To są naprawdę proste wybory – chcę albo nie chcę. Każda podróż człowieka kończy się w punkcie startu, gdzie przekonuje się, że jest to zupełnie nowe miejsce. Proponuję nie kombinować za bardzo, raczej poświęcić chwilę na lody, gofry, seks albo co kto tam lubi, a potem zadać sobie pytanie, co ja właściwie chcę robić i którą opcję wybrać. Znudzi nam się, weźmiemy drugą. Źle wybierzemy – zmienimy. I tak nie masz nad wszystkim kontroli, kiedy wybierasz pracę. Możesz trafić do raju albo w szpony jednej zawistnej osoby, która zdewastuje ci wątrobę ciągłym jadem w atmosferze. Ja tam bym po prostu robił, co lubię, bo wiem, że przynajmniej miło będzie i nie zarzucę sobie, że nie spróbowałem. A jak mam pasję, to sukces sam się odniesie.
A później jak nie wpaść w pułapkę myślenia: „praca to takie coś, co trzeba cenić, jak się to ma i już”?
Nooo! To prawda! I mąż też! Nawet jak bije! I żona! Wszystko! Raz coś dostaniesz, to trzymaj. Z wadą wzroku broń Boże nie do okulisty, bo takie masz oczka i tyle, hihihi… No nie. Oczywiście, że nie. Na rynku nie ma specjalistów bez pracy, ba, nie ma ludzi w ogóle. HR-y korporacyjne robią paniczne rekrutacje, przepłacają ekspertów… Żyć nie umierać. Proponuję podchodzić do pracy oraz ludzi z pasją i szacunkiem. Jeśli gdzieś tego nie odwzajemnią, poszukać sobie nowego miejsca. Albo zrobić własny biznes. To jest jakiś mit społeczny, że się teraz pracy szuka. Aczkolwiek znam wiele osób, które po prostu nie chcą znaleźć pracy, bo im to nie na rękę. I takie sieją ferment (bo z kolei to im na rękę). I znów wracamy do punktu wyjścia: może to jest lepszy pomysł na życie niż ten nasz. Nie wiem. Wiem, że mnie nie kręci. Mnie kręci bawienie się pracą i pasja, którą mam. Do czego i Państwa zachęcam. Wystarczy zacząć od pytania z filmu. Tego, o którym mówiłem wcześniej.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Katarzyna Rojek
łooo jest nawet o ostatni akapit dłuższy niż wersja gazeciana :-D